Playboy: The Mansion

Playboy, magazyn który na zawsze wpisał się do historii. Dzieło Hugh’a Hefnera zaprezentowało zupełne inne podejście do erotyki, czasopisma dla panów przestały być w końcu zwykłymi świerszczykami. Tak było kiedyś, teraz “Playboy” stał się wielkim komercyjnym imperium nastawionym na zyski, a mi osobiście kojarzy się raczej z kiczowatymi zdjęciami i niekoniecznie ciekawymi felietonami… (chociaż przyznam się, że posiadam kilka numerów).

Pojawienie się produktu tej marki na platformy growe było zdaje się tylko kwestią czasu. Pierwsze zapowiedzi zauważyłem już kawał czasu temu i musze przyznać, że projekt raczej mnie nie zainteresował. Powiem szczerze, że nie miałem zamiaru zaśmiecać sobie dysku takim “syfem”. Ostatecznie okazuje się, że moja “samcza” natura wygrała i zachęcony obiecującymi zapowiedziami i króliczkami sięgnąłem po finalny produkt. Po odpaleniu gry powitało mnie całkiem milutkie intro. Oczekiwałem czegoś “mocniejszego”, ale trzeba przyznać, że filmik będący czymś w rodzaju reklamówki imperium Hugh’a zachęca do dalszej rozgrywki. Niestety menu główne szybko zbiło mnie na ziemię, w tle widzimy Heff’a w otoczeniu playmates i nie było by w tym nic strasznego gdyby nie słaba grafika. Czym prędzej przebiłem się przez opcje ustawiając wszystko na maksa, niestety zbyt wiele to nie pomogło. Stwierdziłem jednak, że jest to tylko sim i grafika gra tu rolę drugorzędną, więc nie można się martwić na zapas. Postanowiłem więc w końcu rozpocząć właściwą rozgrywkę. Do wyboru mamy dwa tryby: kampanię i grę wolną. W recenzji opiszę wyłącznie pierwszy tryb, ponieważ drugi jest praktycznie identyczny, dając wyłącznie większą wolność (no tak, w końcu jest to “gra wolna”).

Rozpoczynając kampanię wcielamy się w Heff’a i od samego początku tworzymy magazyn Playboya. Już pierwsze chwile przywodzą na myśl pewną grę – “The Sims”. Kamera, grafika, interfejs… Wszystko to przypomina starych (nie)dobrych simów. Nie jest to oczywiście żaden grzech jednak liczyłem na coś bardziej ze świata symulacji ekonomicznych. Kampanię rozpoczyna samouczek będący pierwszą jej misją. Niestety jest on moim zdaniem tragicznie przeprowadzony i gdyby nie to, że gra jako całość jest dość banalna to nie pomógłby praktycznie nic (a nawet przeszkodził). Głównym celem gracza jest wydawania kolejnych coraz lepszych numerów magazynu i zbijanie jak największej ilości kasy. Każde kolejne wydanie składa się z kilku części: felietonu, wywiadu, okładki, pictorialu, rozkładówki, artykułu. Trzeba się mocno natrudzić, aby wszystkie te elementu złożyć w jedną wysoko ocenioną całość. Co więc trzeba zrobić, aby wszystko było jak najlepsze? W tym momencie właśnie przechodzimy do najważniejszego elementu The Mansion, mianowicie relacji między poszczególnymi gośćmi rezydencji. Aby rozkładówka była dobra nie wystarczy piękna modelka i doświadczony fotograf… Najpierw trzeba zadbać o dobre relacje między nimi. Wszystko sprowadza się do ciągłego gadania, zbierania znajomości i zapoznawania innych osób. Musimy więc organizować ciągle imprezy oraz zwoływać przyjaciół, jednym słowem życie towarzyskie na maksa. Powiem szczerze, że będąc Heff’em wcale by mi to nie przeszkadzało, jednak życie gracza jest trudniejsze i co najgorsze bardzo nużące. Kolejne misje stawiają pewne nowe wyzwania, jak chociażby pogodzenie swoich dziewczyn czy rozbudowa etc., jednak wszystko można sprowadzić do prostego schematu. Kilka imprez, zlecenie pracownikom zadań i oczekiwanie na efekty…

Czas na stronę techniczną. Niestety tutaj gra prezentuje się raczej słabo. Grafika nie jest zła, jednak w dzisiejszych czasach (i silnik, o czym później) niestety nie powala. Wszystko jest utrzymane w konwencji komiksowej, lekko przerysowanej, podobnie zresztą jak w simsach. Ciągle widoczny jest konsolowy rodowód tytułu. Wszystko wydaje się “niedorobione”, wyposażenia jest dość mało i wydaje się dość nijakie. Tak samo jest z teksturami, być może mam za duże wymagania jednak wszystkie możliwe “rodzaje” ścian i podłóg są naprawdę tandetne. Jeśli osławiona rezydencja Playboya naprawdę tak wygląda… Współczuje lokatorom. Trzeba również zwrócić uwagę na naprawdę beznadziejne stroje postaci. Tekstury mające je oddawać są tak rozpikselowane, że nie przypominają niekiedy bielizny. Oprawa dźwiękowa nie odbiega od graficznej, niestety. Dźwięków prawie brak, a jeśli są to słabe bo nie zapadły mi w pamięci (czego nie mogę powiedzieć chociażby o śmiesznych rozmowach simsów). Jedynie na plus mogę zaliczyć cześć soundtracka z dobrym motywem jazzowym i pop-punkowy main-theme w grze. Pewnie fani gier ekonomicznych zaczną na mnie krzyczeć, że się znęcam. W tego typu produkcji nie zwracałbym na takie szkopuły uwagi gdyby nie fakt, że Playboy działa na silniku GameBryo. Dla osób niebędących w temacie powiem tylko, że napędzał on takie produkcje jak TESIII: Morrowind czy ostatnio nowych Pirates! Powinno być naprawdę ładnie, tutaj natomiast brzydko, w dodatku podczas gry terroryzują gracza ciągłe loadingi – konwersja beznadziejna.

Na koniec zostawiłem sobie najciekawsze w produkcji Króliczka. Możecie mnie nazwać erotomanem i dać donos do kółek różańcowych, jednak uważam, że podejście do nagości i seksu w tej grze jest śmieszne. Pstrykając zdjęcia playmates zapomnijcie nawet o pełnej nagości, panie mogą najwyżej zdjąć stanik. W tym momencie wydawać by się mogło, że seksu wcale nie powinno być, jednak jest i to jaki! Otóż napalona para znajduje sobie ustronne miejsce i będąc dalej w bieliźnie wykonuje akrobacje (SIC!). Gdyby nie cała otoczka to pomyślałbym, że to przedstawienie jakiegoś chorego clowna.

Należy wbić ostatni gwóźdź do trumny z The Mansion. Gra zapowiadała się dość ciekawie, pierwsze chwile wspominam naprawdę dobrze. Twórcy jednak stworzyli coś, co nie jest ani klonem Simów ani prawdziwą grą ekonomiczną. Efekt jest taki, że z braku pomysłów kampania bardzo szybko nuży, natomiast cała reszta jest na bardzo słabym poziomie. Zamiast biec po The Mansion do sklepu lepiej skoczyć do kiosku po papierową edycję Playboya.

6/10

Dodaj komentarz

Leave a Reply