O teatrze

Wiem, że teatr to sztuka wyższa. Rozrywka dla świadomych i inteligentnych – również i dla mnie, nawiązując do mej wrodzonej skromności. Niestety, sztuka teatralna trawi mi się bardzo ciężko. A że istnieje pewna forma nacisku (bardzo ładna), która próbuje mnie przekonać, postanowiłem publicznie wyspowiadać się z tej fobii.

Odkąd pamiętam, moją miłością było kino. Będąc małym brzdącem marzyłem o jak najczęstszych wizytach w tych przybytkach. A jako, że rodziców miałem tolerancyjnych – bez większych przeszkód mogłem sączyć sztukę filmową z telewizora. Chyba nie muszę mówić, że w takim przypadku „nuuudny” teatr tudzież operetka stały na pozycji straconej.

Dorosłem i dalej teatru nie lubię. Dlaczego? Sam się nad tym długo zastanawiałem i ostatecznie sformułowałem następujący wniosek: denerwują mnie sztuczne bariery tej formy sztuki. Tak, bo cóż interesującego może być w kiepskich scenografiach, słabym oświetleniu i co najgorsze – tragicznie wręcz ograniczonej perspektywie. W każdym z tych aspektów teatr przegrywa z nawet słabym filmem. Nawet odstępstwa od tej normy jak np. Akademia Ruchu (która wychodzi poza ramy sal) nie potrafią przełamać, narosłych przez wieki, dysfunkcji spektaklu.

Uwielbiam, gdy pełne ekspresji i finezji zdjęcia potrafią wryć filmową scenę w moją pamięć. Najazdy kamery, najróżniejsze kadry i perspektywy, zbliżenia, spowolnienia a nawet zatrzymania. Efekty specjalne, nieograniczone możliwości manipulacji samą tylko kolorystyką czy kontrastem widzianego obrazu. Dobry montażysta potrafi wyczarować sekwencję, która kunsztem, dynamizmem a nawet symboliką potrafi w moich oczach zetrzeć nawet najlepiej przygotowany teatralny akt.

Teatr niewątpliwie jest testem na aktorstwo. Tej więzi występujący-obserwujący nie odda nawet najlepszy film (żaden ekran jak i telewizor nie opluje widza). Co oczywiście nie znaczy, że kino nie potrafi być pokazem genialnych umiejętności, wybitnych artystów. Cały czar aktorskich popisów zabijają wrodzone wady teatru. Bo jak na małej scenie oddać całą paletę wartości, które chciał przekazać autor sztuki? Należy uciec się do wszelkiego symbolizmu – abstrakcyjnych strojów, groteskowych postaw i innych sztuczek. Sztuczek, które na dłuższą metę nużą mnie i męczą. Dają do myślenia, ale niekoniecznie tak jakby tego oczekiwali autorzy.

W filmie, z „zasady” realistycznym, takie zagrywki sprawdzają się wręcz wyśmienicie. Choćby taki Matrix albo Przekręt Guy’a Richiego – w istocie nie umywają się do wysokiej sztuki, a mimo wszystko niesamowicie bawią odniesieniami jak i eksperymentami dotyczącymi samej formy (które to zabawy zabiły późniejszy Revolver). Teatr jest niepełnosprawny! Nie odda plastyczności oraz dynamiki sztuki filmowej.

Cały ten wywód to jednak nic innego jak bąbelek powietrza w wielkim basenie. Bo teatr jest niszowy, teatr jest kulturalny. Jest dla wybrańców, tych właściwych oraz pozerów, „wykształciuchów”. Czego bym jednak nie napisał – musze uznać wyższość teatru nad kinem. To nigdy się nie zmieni, nawet po zbombardowaniu Hollywood. Wychodzi na to, że tandeta i komecjonalizm bawią mnie bardziej… I póki sprawia mi to radość, cieszę się z takiego obrotu spraw a do ukulturalniania się wystarczy mi muzyka poważna.

Dodaj komentarz

Leave a Reply