Ewolucja eRPeGie

W złotej erze Black Isle, Interplaya oraz Troiki utarło się przekonanie, że dobre cRPG musi jak najwierniej oddawać prawdziwe sesje. Powstało wtedy wiele legendarnych tytułów i większość z nich skutecznie kusiła logiem D&D oraz możliwością prowadzenia wyśnionej drużyny wiernie z tego systemu przeniesionej.

Szczerze powiedziawszy, sam uważałem podobnie. Do czasu pewnej twórczej debaty z moim znajomym, wielkim fanem realnych sesji role-play’a. Otóż stwierdził on, że największym błędem developerów jest kurczowe trzymanie się papierowych systemów. Zgodziłem się z nim, bo wielce szanuję wiele „autorskich” cRPG, ale cichutko pomyślałem: „a co z Baldurs Gate, NeverWinter, Tample of Elemental Evil oraz innymi hitami przeszłej epoki?”.

Dzisiejsze RPG jest jak każdy widzi, a że większość wspomogła nasz rodzimy przemysł (tj. kupiła Wiedźmina) to można uznać, że jesteśmy na bieżąco. Ja tymczasem sięgnąłem do klasyki (omijając Fallouta jako symbol ponad czasowy). Przyznam szczerze… Stare hity dosłownie ugięły się pod moją krytyką. Toporny interfejs, sterowanie będące zaprzeczeniem ergonomii, izometryczna grafika sprzed epoki. Nawet walka, choć budząca moje sentymentalne przywiązanie do tur, jakaś niemrawa, wyprana z emocji. Ze zdumieniem stwierdziłem, że również PlaneScape: Tourment stracił coś ze swojego uroku (nie mówiąc już o produkcjach pokroju Icewind Dale).

Jak to się stało, że rozwiązanie, których jeszcze kilka lat temu broniłem jak lew (rzuty kością, predefiniowane postaci, kilkuosobowa drużyna oraz dwuwymiarowa grafika) obecnie nie nadają się całkowicie do grania? Chwila zadumy oraz refleksyjna mina doprowadziły mnie do prostego wniosku – przyzwyczaiłem się do nowych produkcji! Tytuły takie jak Mass Effect, wspomniany The Witcher oraz rozpieszczająca mnie seria TES (oraz wiele innych, starszych tytułów), zmieniły moje podejście do komputerowego role-play’a. Zgroza!

I tutaj przyznam pełną rację koledze, którego zdanie przytoczyłem na początku. Ślepe próby odzwierciedlenia papierowego RPG są błędem, o czym dobitnie przekonałem się grając w „tradycyjne” do szpiku kości tytuły Troiki. Bądźmy szczerzy – „papierowego” klimatu i tak przenieść się nie da. Teraz dopiero zauważyłem, jak trudno utożsamić się (a to jest solą RPG) z całą drużyną często przypadkowych postaci.

Ugryzę się w jęzor, zanim kolejny raz zacznę narzekać na nowe produkcje. Sentymenty rzadko, kiedy potrafią przetrwać konfrontację z rzeczywistością a nowe role-play’e bawią tak samo dobrze jak stare hity. Nie ma znaczenia fakt, że to już właściwie action-adventure – ważne, że opowiadają historię, wywołują emocje i dają po prostu… Solidną namiastkę prawdziwego RPG a nie sesji!

Przyłącz się do konwersacji

2 komentarze

  1. Wpadłem zobaczyć ten mega-super wypaśny blog , no i może cześciej bede wpadał.

Dodaj komentarz

Leave a Reply