Komandosi mają tego pecha, że wracają nie tyle w glorii i chwale, co oparach cenzorskiego absurdu. Aby ustalić jego stężenie oraz toksyczność, postanowiłem policzyć, ile faktycznie swastyk wycięto z odnowionej, drugiej części gry. Tak jakby, bo z faktycznym rachowaniem ma to niewiele wspólnego.

Serii należało się odświeżenie. Raz, że to świetne gry, szczególnie „dwójka”, która skutecznie udoskonaliła formułę Behind Enemy Lines, ale jeszcze nie zaczęła dryfować w dziwne kierunki obrane przez kontynuacje. Dwa, reprezentowany przez nią gatunek RTT już w zasadzie wymarł. Mimimi Games jeszcze co prawda jakąś nekromancję uprawia, ale Shadow Tactics i zapowiedziane na ten rok Desperados III mimo wszystko nie sprawią, że nagle nastąpi jego wielkie odrodzenie. Trzy, choć gry z serii są dostępne w cyfrowej dystrybucji i można je odpalić na współczesnym sprzęcie, maksymalna oferowana rozdzielczość 1024×768 (w przypadku Commandos 2) nie dotrzymuje kroku monitorom 4k. Nie będę już pochylał się nad innymi irytującymi drobnostkami, jak problemy z przechwytywaniem obrazu (o czym przypomniałem sobie przygotowując ten tekst), czy uciążliwe przeskakiwanie pomiędzy faktyczną grą a menu głównym.

Niestety, nadejście zasłużonego Remastera nie obyło się bez kontrowersji – tym razem poszło o cenzurę. Jak pokazuje krótki materiał opublikowany pod koniec zeszłego roku na kanale SirRH – z gry zniknęły swastyki i oznaczenia japońskie. Nie wygląda to dobrze i nic dziwnego, że tamat szybko rozlał się w internecie. Twórcy nie zdecydowali się na żadną sprytną alternatywę w postaci innego stylizowanego znaku, przez co zamiast flag mamy połacie zwisających, czerwonych szmat. Zanim jednak przejdę do roztrząsania szczegółów – ważne słowo prawnego kontekstu. Publiczne pokazywanie symboli związanych z totalitaryzmem, szczególnie nazizmem i komunizmem, jest zakazane w wielu krajach. Jeśli chodzi o gry, prym wiodą tutaj Niemcy, którzy do niedawna banowali praktycznie każdy tytuł. Świeżym wyjątkiem jest tutaj Wolfenstein: Youngblood, który został wydany tam w oryginale, co zostało uzasadnione pobudkami artystycznymi. Zobaczymy jednak, czy taki stan rzeczy się utrzyma, bo dotychczas USK (niemieckie ciało odpowiedzialne za klasyfikację) wzbraniało się przed taką interpretacją.

Jeśli wcześniej o tym nie wiedzieliście, nie musicie mieć do siebie pretensji. Zazwyczaj jest tak, że cały świat dostaje wersję ze swastykami, a Niemcy męczą się z edycją ocenzurowaną. Czasem dana gra omija ich całkowicie, ale to raczej rzadka sytuacja, bo to dalej jeden z największych rynków w Europie. Osobiście w pełni rozumiem takie przepisy. Ostatnią rzeczą, którą chciałbym zobaczyć, byłyby na przykład pochody z tak wymalowanymi sztandarami, a myślę że taki pomysł strzeliłby do głowy niejednemu. Nie bardzo rozumiem jednak cenzurę gier. Weźmy nowego Wolfa, który przed Youngblood był z uporem maniaka banowany – tam nazistowska symbolika uwypukla beznadzieję przedstawionej, alternatywnej rzeczywistości globalnego państwa totalitarnego. Nie je ideologiczną manifestacją – dopełnia po prostu spójną wizję projektanta. Podobnie jak to ma miejsce w filmach, czy innych wartościowych dziełach kultury, które zazwyczaj tej cenzurze nie podlegają.

Pomimo rozkręcającej się afery, oliwy do ognia dolał wydawca Remastera, który stwierdził, że taka właśnie, okrojona wersja, będzie jedyną dostępną dla graczy na całym świecie. No i ja, w przeciwieństwie do fanów, zupełnie się tym nie przejąłem. Dlaczego? Bo Commandos to dla mnie wyjątkowy przypadek – gra w głównej mierze taktyczna. Taka, która mogłaby się dziać gdziekolwiek tylko wyobraźnia nas zawiedzie, nawet na planecie inteligentnych kalmarów. Oczywiście obranego miejsca i czasu akcji nie da się tak po prostu zignorować, w końcu seria od początku ma dość prosty przekaz pt.: „czas skopać tyłki nazistom”. Mimo wszystko, ten kontekst jest dla mnie na tyle oczywisty – w końcu akcja wprost koresponduje z historią, że jedna opaska czy parę flag nie ma tutaj dla mnie większego znaczenia. Absolutnie nie powinno to psuć przyjemności płynącej z gry.

Jak się wydaje, jestem z tą opinią jednak odosobniony. W ramach kontry słyszę wiele argumentów, m.in.: że to niszczy klimat, fałszuje historię czy po prostu, każda cenzura to skandal i trzeba ją piętnować. Zgadzam się i szanuję każdy z nich, chociaż tak jak wspomniałem wcześniej, dalej w moim odczuciu nie powinno to aż tak drastycznie wpłynąć na odbiór gry. Przynajmniej wtedy, gdy ktoś chce mimo wszystko pograć, a nie że neguje dla zasady. Postanowiłem jednak się o tym przekonać na własnej skórze – nie mam co prawda Remastera (wyszedł 24 stycznia), ale szybko ściągnąłem z GOG-a Men of Courage, aby sobie przypomnieć, ile faktycznie tych swastyk tam jest.

Akapit dla zainteresowanych szczegółami tego testu wymyślonego ewidentnie pod tezę: posiadam wersję kupioną jako samodzielny tytuł. Nie wiem czym różni od sprzedawanego aktualnie zestawu 2+3, natomiast z tego co widzę – nie nosi żadnych zmian w stosunku do oryginału. Znaczy się, ma wszystkie grafiki na swoim miejscu. Ze względu na brak czasu i zatracone umiejętności taktyczne, ograniczyłem się do uruchomienia każdej z głównych misji (bez treningu i akcji bonusowych) i przejrzeniu startowej mapy. Poza jednym wyjątkiem, nie będę wiec poruszał chociażby tego, jak wyglądają wnętrza pomieszczeń.

Zaczynając od początku. Druga część ma intro będące klasycznym, wojennym montażem z filmów dokumentalnych i odpowiednio podniosłą, generalską narracją w tle. Mamy tutaj oczywiście rozwijające się w dół flagi, pozdrowienia z wyciągniętą ręka i Hitlera zamykającego film. Czy dałoby się to jakoś przemontować? Jasne, że tak. Czy ma to sens? Średnio, już lepiej zaproponować coś nowego, co dobrze wpisze się w klimat. Przed każdą misją mamy ekran zapisany tekstem i znowu narratora. Odniesienia jakieś się pojawiają, ale nie wiem, czy cenzura tutaj musiałaby ingerować. Powiedzmy, że ostatecznie dałoby się to wszystko wyrzucić do kosza, zaproponować nowe i pewnie nikt by nie narzekał.

Głównych misji jest całe 10. Pierwsza z nich to „Night of the Wolves” – swastyki ma tam na opaskach patrol SS kręcący się obok bazy oraz żołnierz stojący przy głównym wejściu. Druga misja „Das Boot, Silent Killers” rozrywa się na bliźniaczej mapie i na pierwszy rzut oka niczego nie wyłapałem. Tutaj jednak ważna jest wizyta w bazie łodzi, gdzie swastykami dosłownie upstrzono każdą ścianę – to jest właśnie lokacja uchwycona w filmie SirRH. W trzeciej, czyli „White Death”, zauważyłem tylko symbol na ogonie samolotu w rogu mapy (nie liczę znaków Luftwaffe/Wehrmacht). Kolejne cztery misje dzieją się w Azji i tutaj występują oznaczenia japońskiego lotnictwa na kilku samolotach. Po powrocie do Europy mamy „Saving Private Smith” gdzie nie zanotowałem nic, a następnie „Castle Colditz” gdzie podobnie jak na początku mamy patrol SS oraz jednego gościa w rogu, który też ma opaskę. Zwieńczenie całej historii to „Is Paris Burning?” i na pewno jedna opaska w metrze, gdzie ląduje cały nasz oddział. Poza metro już nie wychodziłem.

Ja wiem, że to wszystko strasznie wybiórcze i powierzchowne, ale mam nadzieję, że udało mi się pokazać jedną ważną rzecz – Commandos 2 to nie jest wojenny festiwal symboliki nazistowskiej, do której przyzwyczaiły nas strzelanki. Każda mapa to liczne budynki i wnętrza oraz dziesiątki jeśli nie setki poruszających się po nich postaci – żołnierzy i strażników. Niewiele z tych obiektów ozdobionych jest widoczną z daleka swastyką, co chyba jest zgodne z realiami historycznymi. Natomiast lokacje pokroju doku dla u-bootów to przykład uwidaczniający nie tyle cenzurę co… lenistwo twórców. Trudno już, że nie zaproponowano czegoś innego, nie każdemu muszą przecież pasować zmodyfikowane krzyże greckie, stylizowane orły czy logo Nowego Porządku. Dziwne jest, że po prostu tych ozdób ze ścian nie zdjęto… Swoją drogą, akurat ta miejscówka już w oryginale wyglądała idiotycznie.

Jak przeglądałem pierwsze recenzje użytkowników, starając się odfiltrować te poświęcone cenzurze, zauważyłem że sporo osób na grę po prostu narzeka. Najcześciej na usunięte multi, ale trafiają się też opinie, że oprócz nowych modeli 3D nie zrobiono tam zbyt wiele. To by wyjaśniało pozostawienie pustych flag oraz brak animacji zgonu od ognia – widać, że komuś cenzura na zasadzie cięcia przyszła łatwo, ale trudniej było się uporać z jej absurdalnymi skutkami. Może lenistwo twórców odprowadziło do nadgorliwości przy wymazywaniu symboli japońskich? Nie wiem jak interpretować przepisy, ale tak samo oznaczone samoloty latają przecież i dziś (choć trzeba pamiętać, że już nie reprezentują tamtego ustroju). A niemrawo spływające recenzje potwierdzają, przynajmniej w połowie, że Men of Courage to nie jest remaster, który przekona do serii kogoś nowego.

Wymazanie paru „znaczków” to nie jest coś, co powinno kogoś zainteresowanego odwieść od zakupu Commandosów. Nie ukrywam jednak, że problematyczny jest sposób, w jaki to zrobiono. Odnoszę wrażenie, że tutaj nie sama cenzura jest najgorsza, co ogólne podejście twórców do jakości Remastera. Zanim więc podejmiecie walkę z fałszowaniem historii, warto chyba sprawdzić, czy jest się w ogóle o co bić.

PS. Moje krótkie boje z ekipą Zielonego Bereta (ma on co prawda jakieś imię, ale kto by się tym przejmował) uświadomiły mi jedną ważną rzecz – ta gra nie zestarzała się najlepiej. Także jeśli macie smaka na RTT, to polecam jednak nowożytne produkcje wspomnianego Mimimi Games.

Źródło obrazka: https://www.youtube.com/watch?v=PwSM-lpXVqo

Przyłącz się do konwersacji

1 komentarz

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz