BloodRayne 2

Krwawa Rayne, to w skrócie największym, wesoła rzeźnia okraszona latającymi dokoła: nóżkami, rączkami, główkami, tułowiami, stopkami, mózgami i wieloma innymi członkami. Wszystko to dodatkowo urozmaicone fontannami lejącej się hektolitrami pożogi w najlepszym wydaniu. Natomiast sequel jest podobny, tym razem krew zalewała nie wirtualnych przeciwników tylko… Mnie, biednego gracza.

Poranek żywych trupów

Właśnie, skoro już napomknąłem o swojej nieskromnej osobie wypada ten wątek pociągnąć dalej. Historia i nie tylko, uczy nas, że życie składa się naprzemian z etapów jasnych i zdecydowanie ciemniejszych. Szklanka do połowy pusta w Średniowieczu, ale za chwilę w Renesansie już do połowy pełna. Zupełnie tak samo jest z moją sobą. Jeszcze nie tak dawno pławiłem się nad doskonałością „Chronicles of Riddick” czy „Battlefield 2”. Jednak od feralnej bety SWBF2 zauważyłem tendencje spadkowe i niestety Bloodrayne2 utwierdza mnie w tej nowej, stanowczo niżowej epoce (mojej) elektronicznej rozrywki. Czas jednak ponownie wrócić do bohaterki recenzowanego przeze mnie tytułu. BloodRayne, czyli seksowna dhampirzyca (gwoli wyjaśnienia – półwampirzyca), wystąpiła już w kilku tytułach. Jako postać trzecioplanowa pojawiła się w „Nocturne” i „Blair Witch vol.1”, natomiast dość niedawno przypadła jej rola główna w udanej produkcji pod jakże zaskakującym tytułem BloodRayne. Świat idzie jednak naprzód, a producenci gier dalej odcinają kupony wydając kontynuacje hitów z przeszłości.

Goście, Goście

Kończę moje wynurzenia przechodząc do konkretów. Najpierw rys ogólny, czyli czym jest część druga. Zapomnijcie o nazistach, zapomnijcie o latających głowach, zapomnijcie o całej wspaniałości jedynki i zanurzcie się w bagnie sequela. Tym razem krwawa łaźnia rozpocznie się w latach nam współczesnych, w równie współczesnej, amerykańskiej metropolii z jej całym brudem i występkiem. Okazuje się, że zły tatuś naszej krwiopijczyni powraca, a dokładniej powracają jego wyznawcy. Nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie fakt, że owi brzydale chcą zniszczyć świat przy pomocy śmierdzących mutantów. Tak właśnie prezentuje się fabuła. Wyczytałem gdzieś nawet, że jest ona ciekawa i zdecydowanie lepsza niż poprzednio – bzdura, ja jej nie zauważyłem. Wiem, że gra ta stworzona została w celu siekania setek przeciwników a nie zagłębiania się w dylematy, problemy i dramaty rodzinne głównej bohaterki. Co nie zmienia faktu, że eliminacja nazistowskich Niemców była zdecydowanie ciekawsza. Tutaj właśnie dochodzimy do pierwszego dużego problemu BloodRayne2, mianowicie dennego klimatu. Grając ciągle się zastanawiałem, kto wymyślił ten bezsens, który widzę na ekranie monitora. Stada atakujących punków i skinów w scenerii z tandetnego filmu akcji klasy najwyżej F. Dalej jest jeszcze gorzej, bo przyjdzie nam walczyć z bossami żywo przypominającymi postaci wyjęte z jakiegoś anime (w moim odczuciu oczywiście). Razem tworzy to papkę równie spójną, co wymiociny, niby się trzyma kupy a jednak coś śmierdzi. Iście groteskowym posunięciem było również dodanie przezabawnego przyjaciela Rayne z humorem wygłaszającego pomocne kwestie przez radio. Ha…Ha… Haaaaaa.

Biegnij Lola biegnij!

Jako że BloodRayne jest grą akcji TPP wypada cokolwiek napisać o oferowanym asortymencie ruchów naszej alter ego. Rayne czas pomiędzy częścią pierwszą a drugą poświęciła na naukę tańca przy rurze. Ale nie w agencji, zboczeńcy! Chodzi mi o ewolucje wykonywane przy wszelakiego rodzaju poręczach, słupach czy masztach. Twórcy chwalą się tym wszem i wobec dlatego szczegółowe opisywanie mija się chyba z celem. Co jeszcze? Nic! Nasza dhampirzyca bierze przykład z Lary C. nie zmieniając się ani trochę. Teraz jej animacja wywołuje najwyżej uśmieszek politowania. Naprawdę szkoda mi słów, dla porównania mogę napisać jedynie, że Książę „Prince of Persia” z łatwością pokonałby Rayne poruszając się na wózku inwalidzkim. Apropo wszelakich gimnastycznych działań, nie mogę zapomnieć o beznadziejnym designu map. Grając, co chwilę musiałem używać trybu widzenia pokazującego mi obiekty, które można wykorzystać do skoków, czy salt. Może to już mój wzrok nawala, albo po prostu twórcy dali ciała. Pozostaje mi wspomnieć świetne poziomy „uszyte” na potrzeby części pierwszej. Skoki, skoczki i wygibasy to jednak tylko tło dla walki, która jest niewątpliwie solą tej serii. Być może niektórzy z Was pamiętają zapowiedzi panów z Terminal Reality na temat nowego rewelacyjnego systemu walki. Obietnice te spełniły się, ale tylko połowicznie. Nowy system rzeczywiście jest, ale jego wykonanie podobnie jak całości jest żenująco słabe. Nie ma już pełnej intuicyjności i beztroski, teraz oprócz przeciwników musimy walczyć również z tragicznym sterowaniem! W nagrodę otrzymaliśmy system kombosów, których i tak nikt nie używa bezmyślnie waląc w myszkę. Autorzy zrezygnowali również z tradycyjnej broni. Teraz nasza bohaterka ma „Przykute” do niej na stałe dwa pistolety strzelające jej krwią. Żeby było ciekawiej to mają one różne tryby strzelania, nawet odpowiednik shotgun’a, brakuje chyba tylko rakietnicy. Czarna komedia!

Okno z widokiem na podwórze

Wnioskując po arcyoptymistycznych poprzednich akapitach można przypuszczać, że teraz nadszedł czas na kiepską oprawę. Tak jest w istocie, z tym tylko, że wcale nie kiepską a uwaga – zadowalającą! Zresztą na tym polegał cały czar dema tej gry, zagłębiłem się w grafikę pomijając całą koszmarną resztę. Edycja PC ukazała się na rynku zdaje się pół roku po premierze wersji PS2 i widać, że twórcy nie zmarnowali tego czasu. Tekstury są dobre, modele ciut ładniejsze, a paleta efektów nie odbiega od teraźniejszych standardów DirectX. Przyznam nawet, że mapping zastosowany na Rayne naprawdę przykuwa wzrok i nie chodzi mi wcale o „kształty” a po prostu świetne odwzorowanie skóry, stroju czy wampirzych źrenic. Kuleje troszkę słaba geometria poziomów, ale ogólnie nie jest źle. Przy okazji taka mała dygresja. Co dla autorów pasuje do gotyckiego zamku? Rusztowania z porozprowadzanymi kablami elektrycznymi i siatkami, ot świetny klimat! Wracając do tematu, trzeba nadmienić, że pojawiają się również dynamiczne źródła światła (chociaż to już w zasadzie norma). Na pochwałę zasługuje również interaktywność. Tutaj twórcy nie oszczędzali, bo w lokacjach da się zniszczyć praktycznie wszystko począwszy od krzeseł kończąc na różnorakich konstrukcjach. Jednak to odbija się negatywnie na grywalności, bo niestety genialni designerzy nie oszczędzili nam zadań typu: „Wrzuć 25 naćpanych spawnujących się punków w wentylator by go rozwalić”, bardzo to ciekawe dodam. Zagłębiając się dalej w oprawę warto byłoby wspomnieć o fizyce i sferze audio. Sęk w tym, że tego praktycznie nie uświadczyłem, tzn., dźwięki jakieś tam są, ale nie warto zdecydowanie wspominać. BloodRayne zawsze raczyła nas ironicznymi uwagami podczas walki. Tak, ale tylko w części pierwszej, tutaj mamy teksty, które próbują udawać, że są śmieszne.

Jeździec bez głowy

Teoretycznie wszystko to, co wypisałem powyżej mogłoby okazać się małym pikusiem w obliczu świetnej grywalności. Domysły takie odłożę jednak na bok i wprost powiem, że gameplay jest bardzo słaby. Pomijam już fabułę (jej „niewidzialność”) i kiepski klimat. Rzeźnia jest zawszę tylko rzeźnią. Jednak nawet to nie sprawia w tej grze przyjemność. Mamy latające kończyny i juhe lejącą się w jeszcze większych ilościach (nieraz przydadzą się kalosze). Jednak wszystko to ginie śmiercią tragiczną dzięki kulejącemu systemowi walki i braku motoru, który napędzałby nasze dalsze działania. Gdyby nie fakt, że na PC w tym gatunku gier występuje ostatnio deficyt to nie wiem czy wytrzymałbym z naszą kochaną półwampirzycą trzy poziomy. Nuda jest przygnębiająca, niemalże śmiertelna. Ludzie nie grajcie w tę grę podczas ponurych jesiennych dni, bo przygoda może skończyć się zgonem. Jeśli już o śmierci mowa to ciekawostką jest, że Majesco (wydawca gry) ma ciężkie problemy finansowe. Nie dziwne, szkoda jedynie, że do grobu pójdzie kilka naprawdę wartościowych marek. Pozostaje wierzyć, że ktoś jeszcze wskrzesi BloodRayne w glorii i chwale (w przyrodzie nic nie ginie).

Pojutrze

Czytając moje wypociny stwierdzam, że i tak ocena końcowa jest dość wysoka. Przecież kwestią gustu jest czy komuś podoba się beznadziejna wciągająca fabuła, całkowicie nowy (bez)klimat, czy grywalność okraszona denerwującymi nowinkami oraz liczne akcenty humorystyczne. Ostatecznie mamy w końcu starą dobrą Rayne. Ja cieszę się że niedługo premiera wyczekiwanego filmu kinowego w roli głównej z naszą ulubienicą, oczywiście w reżyserii Uwe’a Bolla. Ś.P. BloodRayne.

5/10

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz